Słownik

Dziełem życia księdza Alojzego Osińskiego był czternastotomowy słownik języka polskiego pod roboczym tytułem „Bogactwa mowy polskiej”. Słownik starannie opracowywany przez wiele lat – niezależnie od słownika Samuela Bogumiła Lindego, uznawanego za największego polskiego słownikarza epoki – zachował się do dziś jedynie w rękopisie w zbiorach Działu Rękopisów Lwowskiej Narodowej Biblioteki Naukowej Ukrainy im. Wasyla Stefanyka.

W pracy podjętej przez Alojzego Osińskiego odbija się przed wszystkim istotne dla dziewiętnastowiecznej Polski skupienie na zagadnieniach językowych, w tym na kwestiach kultury języka, sprawach dbałości o poprawność i zachowanie języka oraz prowadzenia polityki językowej i działalności kulturalnojęzykowej adekwatnej do określonej sytuacji historycznospołecznej. „Bogactwa mowy polskiej” stanowią ponadto oryginalną metodologicznie kodyfikację ówczesnej normy językowej (ze szczególnym akcentem położonym na poprawność w zakresie kolokacji), którą można określić jako normę literacką (leksykograf istotnie oparł się głównie na tekstach literackich renomowanych autorów) lub – w dzisiejszych kategoriach – jako normę wysoką. Słownik – poziomem myśli leksykograficznej nieustępujący pomnikowemu słownikowi Samuela Bogumiła Lindego – jest unikalnym, zwłaszcza jak na ów czas, źródłem wiedzy o języku polskim – jego zasobach leksykalnych (obejmujących zarówno słownictwo pospolite, jak i sferę nazw własnych), polskiej normie w zakresie ortografii, fleksji, syntaktyki i w szczególności – syntagmatyki.

Publikacji tego opracowania oczekiwali współcześni Alojzego Osińskiemu, w szczególności ludzie z kręgów elity naukowej i artystycznej, którzy bardzo wysoko oceniali warsztat autora i rodzaj opracowania, odmiennego nie tylko od współczesnego mu słownika Samuela Bogumiła Lindego, lecz także od wszystkich wcześniejszych polskich słowników. Niesprzyjające okoliczności nie pozwoliły jednak słownikarzowi opublikować dzieła.

Nadzieje na publikację słownika zrodziły się ponownie po śmierci ks. Alojzego Osińskiego, kiedy to wykazywano zainteresowanie spuścizną po księdzu, który w rękopisach pozostawił także inne niedokończone a cenne opracowania. Słownikiem interesowali się w szczególności Józef Łętowski (pełnomocnik prawny spadkobierców Osińskiego), Maurycy Orgelbrandt (wydawca) i Wiktor Baworowski (bibliofil). Maurycy Orgelbrandt miał najwyraźniej zamiar wydać dzieło, dlatego zabiegał nawet o zakup rękopisów, ostatecznie jednak trafiły one do księgozbioru hrabiego Wiktora Baworowskiego. Wydaje się jednak, że plany hrabiego Baworowskiego co do publikacji słownika nie były sprecyzowane i ostatecznie nie zostały zrealizowane.

Kolejne zainteresowanie słownikiem i jego losami, mające charakter naukowych dociekań, przypadło na lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte XX w. Zastanowienie budziła zwłaszcza kwestia tego, czy w ogóle słownik jeszcze się gdzieś zachował. Szukano w polskich bibliotekach rozproszonych odpisów pojedynczych haseł, które ogłaszano drukiem w czasopismachKowalska 1953, Kowalska 1957, Nowak 1960, Nowak 1962.1 . Powstała wówczas seria artykułów poświęconych słownikowi autorstwa Anieli Kowalskiej, Janiny Siwkowskiej, Anny Lech. Na słownik zwrócił uwagę także Witold Doroszewski, który był inicjatorem badań nad słownikiem prowadzonych przez Edwarda Woronieckiego. Ostatecznie jednak Doroszewski wydał w kwestii słownika osąd krytyczny:

Tą cechą [mianowicie umiarem – przyp. aut.] nie zawsze się odznaczał współczesny Lindemu Alojzy Osiński, autor ogromnego Słownika języka polskiego, który miał liczyć czternaście tomów, a więc przewyższać rozmiarami Słownik Lindego przeszło dwukrotnie. [...] Autor układał w długie szeregi związki wyrazowe jako ilustracje pewnych typów połączeń frazeologicznych, a więc na przykład wyraz nadzieja (we fragmencie słownika wydrukowanym w Wilnie w r. 1835) występował w takich połączeniach z dopełniaczem innych rzeczowników, jak nadzieja bezkarności, nadzieja chwały, nadzieja czasów przyszłych, nadzieja dni kilku, nadzieja dóbr nieskończonych, nadzieja doskonalenia itd. Tego rodzaju obfitość frazeologiczna jest nadmierna, bo z wyjątkiem wyrażenia nadzieja dni kilku, które można zrozumieć jako określające czas trwania nadziei (= nadzieja kilkudniowa) we wszystkich innych połączeniach forma dopełniacza pełni tę samą funkcję określania tego, co jest przedmiotem nadziei, nie ma powodu ilustrowania tej funkcji za pomocą długich szeregów przykładów, które nie mogą być nigdy wyczerpujące. W tym zakresie nadmierna obfitość jest naruszeniem rozsądnej zasady prymatu semantyki nad składnią w słowniku.Doroszewski 1958: XI.2

Po tej wzmiance we wstępie do redagowanego przez siebie słownika Witold Doroszewski więcej już tematu nie zgłębiał.

Aczkolwiek w tym samym mniej więcej czasie na użytek Polskiej Akademii Nauk zostały wykonane mikrofilmy rękopisów słownikowych, które następnie przechowywała Pracownia Historii Języka Polskiego Zakładu Językoznawstwa Polskiej Akademii Nauk. Dostęp do nowych materiałów pozwolił na powstanie kolejnych opracowań krytycznych pochodzących z lat sześćdziesiątych. W tym okresie historię słownika i jego autora badali prócz Edwarda Woronieckiego także Zbigniew Nowak i Salomea Szlifersztejnowa. Jeśli zaś chodzi o same mikrofilmy, to po zmianach strukturalnych w PAN trafiły one do Pracowni Słownika XVII wieku. Ponieważ zaś materiał okazał się nieużyteczny w opracowywaniu słownika polszczyzny siedemnastowiecznej, mikrofilmy zostały przekazane Laboratorium Leksykograficznemu ks. Alojzego Osińskiego. Nowe technologie przesądziły wprawdzie o tym, że mikrofilmy nie zostały wykorzystane do publikacji słownika, ale właśnie w ramach Laboratorium, które w latach 2008-2012 korzystało z grantu Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyzszego, doprowadzono ostatecznie do skutku zamysł publikacji „Bogactw mowy polskiej” w możliwie najlepszej formie – w wersji elektronicznej.